Wieczorową porą...
... cisza. Siadam. Zbieram gonitwę myśli. Staram się ułożyć z nich pewną sensowną całość. Kiedy prawie dwa lata temu, pewnego lipcowego dnia, zakładałam tego bloga wybrałam nazwę, która była pstryczkiem w mój nos. Ci, którzy mnie znają, wiedzą ile we mnie tej perfekcyjności :) To raczej sumienność w obowiązkach i dokładność - nic nie poradzę na to, że nie lubię fuszerki :) Lubię, kiedy wszystko jest zrobione tak, jak należy. I co najważniejsze - sprawia mi to radość.
Zatem, kiedy w naszym domu jest perfekcyjnie?
Porankami. Kiedy po godzinie 6 przekręcam się na drugi bok i jednym okiem patrzę na zegarek, a drugim w monitor niani. I słyszę jedynie miarowe oddechy Dziewczynek. Uff, jeszcze śpią :) Można zaczynać dzień bez pośpiechu ... Czekam aż budzik będzie miał szansę zadzwonić. I słyszę... biegnącą Zosię: "Mamo, mamo, już dzień, jedziemy do przedszkola!" Witaj codzienności! :) I na nic zdadzą się tłumaczenia, prośby, błagania, że dopiero 6.23 i można jeszcze na ten dzień poczekać w ciepłym łóżku. Także perfekcyjnie zwlekam się z łóżka i zaczynami poranne rytuały. Zosia gotowa. Pora na perfekcyjnie podaną ciepłą kawę. Siadam, podnoszę filiżankę... podnosi się i Marysia :)Kawa czeka. Poczeka...

Przed południem. Kiedy mogę uporać się z codziennymi obowiązkami. Obiad, pranie, spacer z Manią - oczywiście wszystko o stałych porach - ha! Nic z tego. Młodsza Kierowniczka ostro i bezdyskusyjnie dyktuje warunki - ścigam się z czasem, by perfekcyjnie wyjść z opresji i na czas zdążyć ze wszystkim, zanim odbiorę Zosię. I walczę o każdą minutę drzemki Marysi. Bo Dzieci nasze perfekcyjnie nieospałe :) Do bólu! Są świadkowie, widzieli, słyszeli, przeżyli :) Także perfekcyjnie miotam się między kablem od żelazka a wózkiem Marysi - wiadomo, kto wygrywa tę próbę sił :) Także kapituluję, pakuję nas i ruszamy na spacer, by wrócić za moment z Zosią...
Popołudniami. Kiedy na zakupach kolejny raz tłumaczę Zosi, że to nie w tym (czekoladowym ) jajku, są te wartości, o które przecież nam chodzi, a i tak to jajko ląduje w koszyku :) I kto wtedy słabszym się okazuje :P Kiedy Zosia grymasi nad talerzem zupy i ponownie wznoszę oczy ku niebu i pytam w myślach: "dlaczego?" i staram się nie wybuchnąć, bowiem sił mi będzie trzeba o wiele więcej za chwilę, gdy krzyknę z salonu, że pociąg już dojechał do wejścia i by Zonia wreszcie go zabrała na właściwe tory, bo inaczej baterię bezapelacyjnie wyjmę i koniec trasy nastąpi. A za moment przy tym pociągu Marysia majstruje i patrzy zdziwiona, jak Zosia z uporem maniaka tłumaczy jej, że koza i owca to jednak nie koń :D I wtedy właśnie jest perfekcyjnie
Wieczorami. Kiedy w pośpiechu muszę organizować akcję ratunkową, bo świnka Peppa tonie w kąpieli, Tata Świnka potrzebny na już, a ten akurat leży na dnie pudełka z wszystkimi figurkami. Kiedy usiłuje złapać fikające w wanience nogi Marysi i po raz setny proszę, żeby chwilę spokojnie poleżała, zanim cała woda znajdzie się poza wanienką, a Ona tymi wielkimi oczami pełnymi zdziwienia i figlików, śmieje się ze mnie. Perfekcyjne wieczory są wtedy, kiedy przemierzam dom, na palcach, cicho i ostrożnie, by sprawdzić, czy Dziewczynki już śpią. Po drodze z jednego do drugiego pokoju, sprzątając i chowając zabawki, gryzaki, tetrowe pieluchy, plastikowe łyżki, które przed chwilą były do kupienia w sklepu "U Zojki". Kiedy, gołą piętą, perfekcyjnie trafiam z zagubiony wagonik z kolejki, który akurat musiał znaleźć się na mojej drodze. Perfekcyjnie jest wtedy, kiedy po raz 15 okrywam ciepłe plecki Zosi i staram się tak zaplątać jej stopy w kołdrę, by zostały tam już do rana. Wtedy, kiedy kolejny raz podaję smoczka Marysi. Wtedy nasz dom perfekcyjny, kiedy spowity już jest w ciszę a ja patrzę na te dwie nasze Iskierki, które nadają blask - perfekcyjny blask - tym naszym nie tak całkiem perfekcyjnym dniom.


Piątkowymi wieczorami. Kiedy Pan Mąż, a najlepszy Tata, o jakiego modlić się mogłam, dla moich dzieci, przyjeżdża. Wtedy nasz dom perfekcyjnym jest. Z piskiem radości, z okrzykiem zachwytu, kiedy Zosia galopuje na Tacie, a Marysia śmieje się w głos przy kolejnym unoszeniu wyżej niż mama potrafi. Wtedy właśnie perfekcyjnie jest. Kiedy kawa mimo, że kolejny raz wystygła, z Nim smakuje najlepiej. Kiedy, wieczorem, obok książki, jego dłoń. Perfekcyjnie jest wtedy, kiedy widzę, jak Pan Mąż okrywa gołe stopy Zosi, delikatnie strąca z Jej czoła kosmyk włosów i odkłada 12 zabawek, z którymi akurat koniecznie usnąć musiała, bo to jej ukochane, ulubione. Perfekcyjnie jest wtedy, kiedy tuli Marysię i czule szepcze, że noc wcale dniem nie jest i spać już trzeba. I odkłada Ją, by za chwilę znów do serca przytulić. Perfekcyjnie jest wtedy, kiedy zasypiam spokojna, że On czuwa obok nas, że wszystko, co dzisiaj zrobić miałam, zrobiłam. Nie jest ważne, że dopiero co skończyłam, ważne że w swoim tempie, bez żalu, bez złości, że muszę. To jest właśnie ta moja perfekcyjność. Szczęście, że mogę coś zrobić dobrze dla tych, którzy są sensem mojego życia.
I to właśnie nasz dom perfekcyjny, pewnie z jakimiś okruchami pod komodą i zakurzonymi kątami za szafą, ale tętniący tupotem stóp Zosi, śmiechem Dziewczynek, nierzadko i płaczem i krzykiem, ale to wpisane jest w życie. Jednak to, jak będziemy z tym sobie radzić, zależy tylko od nas. Zapłakane oczy dziecka, osuszą słowa i oczy Rodzica, pełne miłości i zrozumienia. Zraniony paluszek zaleczy pocałunek Mamy i magiczny plasterek - bo on działa najskuteczniej.
I to jest nasz dom perfekcyjny, który stwarzamy każdego dnia - miłością, empatią, zrozumieniem, łagodnością. Bo na takich fundamentach chcę, by był budowany. Wtedy będzie prawdziwie mój. Perfekcyjnie nieperfekcyjny, ale nasz. Jedyny w swoim rodzaju. Wyjątkowy.
Do następnego!